To z pewnością jedna z najbardziej barwnych, ale i najmniej znanych postaci związanych z Tatrami. Zasłynął urządzaniem wielkich polowań, zabiciem tysiąca kozic, sprowadzeniem do swojego zwierzyńca w Tatrach bizonów i wapiti. Na jego pogrzeb w maju 1926 roku przyszły jednak setki okolicznych mieszkańców, bo w tych ciężkich czasach dawał chłopom pracę i dobrze ich traktował.
Dziś trudno jednoznacznie oceniać księcia Christiana Hohenlohe. Trudno, bo i czasy były zupełnie inne. Z jednej strony jego myśliwska działalność doprowadziła do zgładzenia setek zwierząt, z drugiej zamknięcie przez niego części tatrzańskich włości dla prywatnych celów skutkuje do tej pory małą liczbą szlaków i turystów w tym rejonie Tatr.
Właściciel połowy Tatr
Ale zacznijmy od początku. Christian Craft Hohenlohe-öhringen urodził się w 1848 roku w czasach Wojny Ludów w Europie. Był w prostej linii potomkiem krzyżackiego rodu, księciem, generałem, politykiem, właścicielem rozległych włości na Dolnym, Górnym Śląsku i na Węgrzech. To wszystko stawiało go w pierwszym szeregu najbogatszych niemieckich szlachciców, a i najbardziej wpływowych politycznie osób na przełomie XIX i XX wieku.
W 1879 roku za pół miliona złotych kupił dawne dobra węgierskiej rodziny Palocsayów, w sumie 10 tysięcy hektarów terenów w Tatrach, i dokupywał kolejne. Jego tatrzańskie posiadłości sięgały od miejscowości Wyżnie Hagi, przez Mięguszowiecką, Batyżowiecką, Stwolską Dolinę po Tatry Bielskie i okolice Tatrzańskiej Jaworzyny. Ten wielki majątek służył księciu nie tylko do uprawiania leśnej gospodarki, ale przede wszystkim zaspakajania swojej największej pasji, czyli myślistwa.
Po zakupie tatrzańskich posiadłości księciu brakowało tylko siedziby z prawdziwego zdarzenia. Na jego zamówienie zaprojektował ją architekt Jean Leindecker. Zameczek myśliwski księcia Hohenlohe stanął powyżej Tatrzańskiej Jaworzyny, w miejscu, skąd rozciąga się wspaniały widok na Tatry Bielskie i Wysokie. Tak jak nad całą panoramą góruje Lodowy Szczyt, tak zameczek księcia górował nad okolicą i z tego miejsca książę mógł doglądać swoich włości.
Bizony, wapiti i koziorożce
Część terenu ogrodził. Zresztą resztki tego ogrodzenia pozostały do dziś, szczególnie w niedostępnych dla turystów Tatrach Bielskich. Do swojego zwierzyńca sprowadzał osobniki z całego świata - jelenie z Kaukazu, bizony i wapiti z Ameryki. Do tej pory nie wiadomo, czy w żyłach części tatrzańskich jeleni nie płynie amerykańska lub kaukaska krew. Najwyższe pogłowie ten zwierzyniec osiągnął w 1912 roku. Wtedy miał on liczyć 600 kozic, ponad 1000 jeleni, 150 koziorożców, 21 bizonów i 30 niedźwiedzi.
Polowanie księcia, który do zameczku zapraszał przedstawicieli swojej rodziny czy innych książęcych rodów, stały się głośne w całej niemal Europie. Książę Christian zasłynął tym, że w miejscu, w którym zabił tysięczną kozicę, postawił skalny postument dokumentujący to wydarzenie. Na nim widniał napis: "Najjaśniejszy Książę Christian Kraft Hohenlohe dnia 5ego Septembra 1924 zastrzelił w tym miejscu tysiącznego capa". Do dziś ściany jego zameczku zdobią setki poroży kozic, jeleni, łosi, jest wypchany niedźwiedź. Na części czaszek można odnaleźć pieczątki księcia razem z datą ustrzelenia rogacza.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, z jednej strony taka działalność nie miała wiele wspólnego z ochroną przyrody, z drugiej, ogradzając duży teren w Tatrach, Hohenlohe zwalczał turystów i początkowo nie pozwalał na wytyczenie szlaków turystycznych. Dopiero po głośnych protestach, w które zaangażowały się węgierskie władze, zgodził się na poprowadzenie trzech zaledwie szlaków - na Przełęcz pod Kopą, w Dolinie Jaworowej i Białej Wody. Szlaki te do dziś są jedynymi na tym terenie.
Całego jego zwierzyńca strzegło wielu strażników, również sprowadzanych z Tyrolu chłopów - jegrów. Aby na przykład polscy turyści czy badacze mogli spenetrować włości księcia, potrzebne było zezwolenie, częściej jednak po prostu robili to na własną rękę, unikając spotkania ze strażnikami.
Spór o Morskie Oko
Ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia, również księciu Hohenlohe nie wystarczał jego wielki tatrzański majątek. Zamarzyło mu się przejęcie Morskiego Oka. Pchnęła go do tego również transakcja zakupu przez hrabiego Władysława Zamoyskiego dawnych własności Homolacsów w Dolinie Rybiego Potoku. Ta transakcja zaostrzyła spór o Morskie Oko. Rozpoczęła się swego rodzaju wojna podjazdowa. Wykorzystując asystę węgierskich żandarmów, Hohenlohe najeżdżał galicyjskie tereny, próbował tam prowadzić wyręb drzewa, polowania. Niszczył mostki, nie pozwalał na dostęp Polaków do największego tatrzańskiego jeziora. Zamoyski musiał bronić swoich posiadłości, a sprawa ostatecznie trafiła przed Międzynarodowy Sąd Rozjemczy w Grazu. Tam rozstrzygnięto słynny spór o Morskie Oko i granicę w Tatrach. Wydany 13 września 1902 roku wyrok przyznał Galicji niemal wszystkie sporne ziemie i ustalił granicę obowiązującą do dziś.
Książę Hohenlohe nie ustępował. Nie podważał już przynależności spornego terenu do Galicji, ale wytoczył Zamoyskiemu cywilny proces o sporne tereny. Proces zakończył się porażką księcia, którą przypieczętował ostateczny wyrok wydany w 1909 roku przez Najwyższy Trybunał Kasacyjny w Wiedniu.
Zamek księcia, tak jak całe jego włości, po śmierci przeszedł w ręce jego bratanka, księcia Augusta Hohenlohe, który w 1936 roku sprzedał dobra państwu czechosłowackiemu.
Polska wybranka serca
Po II wojnie zameczek objęły w posiadanie ówczesne władze. Obok niego w latach 70. postawiono luksusowy hotel dla partyjnych dygnitarzy, w którym organizowano spotkania na "najwyższym szczeblu", a w jego okolicach także polowania.
Teraz zameczek jest własnością kancelarii prezydenta Słowacji. Kilka lat temu został on wyremontowany i raz w tygodniu, w czwartki, jest otwarty dla zwiedzających. Chociaż miłośnicy przyrody nie poczują się tam zbyt komfortowo - ze ścian straszą setki poroży, to jednak warto odwiedzić to miejsce i przenieść się na pół godziny w czasy księcia Hohenlohe, który wielkim myśliwym był.
Książę w swoim zameczku nie żył oczywiście sam. Całe dorosłe życie spędził z polską artystką Otylią Lubraniec Dąmbską. Najpierw wydał ją za grafa Dąmbskiego, a później zabrał do Jaworzyny Tatrzańskiej. Była ona przez okolicznych chłopów uważana za wielką dobrodziejkę, bo w myśl powiedzenia, "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle" za jej pośrednictwem mogli u księcia załatwić wiele spraw. Otylia zmarła 4 lata przed księciem, który pochował ją przy wybudowanym przez siebie kościółku w Jaworzynie. Bo chociaż Hohenlohe był ewangelikiem, to zbudował tu katolicką świątynię. Po śmierci również spoczął na tamtejszym cmentarzu, w grobowcu razem z wybranką serca. Można powiedzieć, że do dziś podziwiają stąd razem niezapomniany i jedyny w swoim rodzaju widok na Lodowy Szczyt i okoliczne lasy wciąż pełne zwierząt.